banner


niedziela, 17 listopada 2013

Między stronnicami...

W oczekiwaniu na kolejny wpis (jej, ktoś to jednak czyta), wrzucam idealny zjadacz czasu. http://orteil.dashnet.org/cookieclicker/  Smacznego.

poniedziałek, 11 listopada 2013

Pech. (Horace x Will) Zwiadowcy, Ranger's Apprentice

Witajcie, dzisiaj coś nowego. Na wstępie pragnę powiedzieć Wam, drodzy czytelnicy, że bardzo motywuje mnie do pracy to, że czytacie moje myśli.
Zwykle jest tak, że jak czegoś nie znajduję w Internetach, to sama coś to tworzę. Satysfakcja, jakich mało. Czuję niedosyt Thokiego, piszę Thokiego. Zaś to opowiadanie, które pragnę przekazać w Wasze łapki, jest w ogóle nietypowe, bo chyba pierwsze po polskiej stronie. Nie chcę mówić tu o fandomie, bo ten nawet nie jest nawet w fazie raczkowania. Chodzi mi tutaj o serię książek, która jakiś czas temu wpadła w moje łapki i, no cóż, wciągnęła i przeżuła mnie na dobre. Mówię tutaj o "Zwiadowcach". Kto czytał, ten wie i te opowiadanie przeczyta, mam nadzieję, z przyjemnością. Zaś tych, którzy z książką jeszcze nie mieli styczności, zapraszam serdecznie do czytania i myślę, że i takim osobom moje opowiadanie może w jakimś stopniu wam przypaść do gustu.
Zmieniłam trochę wygląd bloga, bo tak c: Podoba się?
Nic, nie owijając kota w bawełnę, czytajcie.
***

Tej nocy śnieg padał ciężkimi, dużymi płatami. Zima nie robiła sobie nic z tego, że niedługo miała odejść. Przełęcze pozostały zasypane. Lodowaty mróz szczypał w odsłonięty nos i w uszy, wciskał się za pazuchę, w rękawy i w cholewy butów. Pnie okrywały się ciężką kołdrą, osuwającą się od czasu do czasu z głuchym szelestem. Las, otulony w zimowy kożuch, był cichy, niemal nienaturalny.
Postać zapadała się niemal po kolana w zaspach, jeszcze świeżych i sypkich. Spodnie pokrywały się z wolna mokrymi, zimnymi plamami. Wędrowcowi nie było zimno. Maszerował raźno. Ponury, lecz piękny, las wkrótce przerzedził się i postać, otulona w kurtę, wyszła na otwartą przestrzeń polany, rozświetlonej blaskiem dogasającego ogniska, rzucającego długie cienie na dwa małe namioty i postać, siedzącą samotnie.
Przybysz uśmiechnął się pod nosem i przyklęknął na kolano, zbierając w zmarznięte dłonie śnieg i formując z niego kulę. Wstał wolno i, wymierzywszy, rzucił pocisk. Przysypiający strażnik ognia, spowity w opończę, wzdrygnął się i poderwał na równe nogi, niemal wyślizgnąwszy się na wydeptanym śniegu.
-Horace! - podirytowany krzyk wzbudził w przybyszu rozbawione parsknięcie.
-To jest ta wasza zwiadowcza czujność? - roześmiał się, stłumił wybuch wesołości w rękaw, by nie zbudzić mieszkańców polany. Uwielbiał droczyć się z towarzyszem.
Odpowiedziało mu urażone burknięcie. Młody mężczyzna strząsnął śnieg z opończy i rozciągnął mięśnie. Najwyraźniej przysnął nad ogniem jakiś czas temu. Był zmęczony, Horace wiedział, że tak jest, mimo, iż towarzysz gorączkowo zaprzeczał. Wielu rzeczy nie da się ukryć.
-Idź spać, jak człowiek, Willu. Zamierzasz koczować tu całą noc? - poklepał towarzysza po plecach, nieco zbyt mocno, niżby zdawał sobie z tego sprawę. Chłopak, nazwany Willem, skrzywił się z dezaprobatą.
-Nie spałem. Zamyśliłem się tylko.
W normalnych warunkach Horace chętnie przekomarzałby się nadal. Jednak i on, i jego towarzysz byli zmęczeni. Sprzeczki mogły zostać odłożone do rana. Ku jego zadowoleniu, ciemnowłosy skierował się do jednego z namiotów, skrytego nieco w cieniu drzew.
-Dobranoc, Willu.
Odpowiedziało mu tylko bezładne burknięcie i szelest zasznurowywanych poł namiotu. Nie pozostało nic innego, jak samemu wleźć do własnego, ciasnego apartamentu i wczołgać się do wychłodzonego śpiwora.

Wyczekiwany sen nadszedł szybko, nie należał jednak do tych spokojnych, odprężających. Śpiwór był chłodny, wiatr dął w ściany namiotu, zaś młodziana męczył nowy koszmar.
Mrok kładł się miękko na ścianach lasu. Niepokojące, ale miecz w dłoni i pochylony towarzysz, tropiący kilkanaście kroków w przód, dodawały otuchy. Will najwyraźniej złapał satysfakcjonujący go ślad. Horace nie zdążył nawet zadać pytania, kiedy plan został ustalony. Miał pozostawić plecy towarzysza odsłonięte i zmylić wroga. Mimo, iż niechętnie, przyznał przyjacielowi słuszność. Musiał pozostawić Willa na pastwę zdesperowanego Skotta.
Przyjemne wibrację objęły ostrze miecza, kiedy głowica zderzyła się dwukrotnie z czaszką wroga. Zimna furia objęła Horace'a, kiedy ujrzał przyjaciela w potrzasku. Miał ochotę zabić MacHaddisha, mimo, iż był im potrzebny. Niemal przerażenie przejęło go, kiedy zaś dojrzał, w jakim stanie znajduje się młody zwiadowca. Nim ten zdążył stanąć na nogach, został zakleszczony w ramionach rycerza.
-W porządku? -spytał z niepokojem, odwracając go do siebie. Obiektem jego niepokoju była zakrwawiona kamizelka przyjaciela. Zaś, kiedy uniósł oczy, napotkał, zamiast poirytowanego spojrzenia, chłodne oczy i bladą skórę trupa.

Przebudził się gwałtownym szarpnięciem i syknął pod nosem przekleństwo, kiedy zderzył się głową z lodowatym materiałem namiotu. Pocierając tył głowy, rozejrzał się za źródłem czegoś, co ucięło paskudny koszmar. W tej samej też chwili usłyszał głuchy odgłos spadającego śniegu i coś jak stłumiony, zdziwiony okrzyk.
Horace pośpiesznie wytoczył się z namiotu, rozglądając się dziko. Miał przez chwilę niemałą trudność w odnalezieniu drugiego namiotu, skrytego pod zaspą. Śnieg był zdradliwy, zaś pod naporem musiał spaść z gałęzi. Z cichym sapnięciem ni to rozbawienia, ni to zdziwienia, rzucił się, by pomóc mieszkańcowi pechowego namiotu wydostać się spod śniegu i zmarzniętego płótna.
Will stał, ponuro wpatrując się w kupkę drągów i materiału, wystających smętnie spod rozgrzebanej zaspy. Namiot wymagał naprawy. Jeśli młody zwiadowca chciał spać, musiał zająć się nim teraz, co równało się z tym, że zmarznie i straci cenny czas, który mógłby przeznaczyć na odpoczynek. Horace spoglądał na niego z boku, stukając palcami o swoje udo.
-Więc... - zaczął, zastawiając się na głos, co też towarzysz ma zamiar począć.
-Przymknij się - ofuknął go młodzian, wygrzebując spod śniegu saksę i śpiwór. Wolał nie trwonić czasu. Zamierzał przysnąć przy dogasającym żarze ogniska.
Młody rycerz wyjrzał zza poły swojego schronienia, by sprawdzić, jak ma się pechowy zwiadowca. Dojrzał ciemny kształt, owinięty śpiworem. Nie była to pewnie wybitna forma wypoczynku, szczególnie ze względu na przenikliwy, północny wiatr.
-Odmrozisz sobie coś - podniósł nieco głos, by ospały chłopak mógł go usłyszeć -Albo co.
-Znajdź lepsze rozwiązanie.
Chłodny ton głosu Willa był całkowicie zrozumiały. Ni to się wyspać, ni chociaż odpocząć. Nawet położyć nie ma się jak. Zaś rano czekało go powolne suszenie namiotu przy ogniu i naprawianie masztów. Horace wszystko rozumiał.
-U mnie dość miejsca...

Mały namiot był przystosowany dla jednej osoby. Mimo ogólnej, drobnej postury i niewielkiego wzrostu, Will nie miał zbyt dużo miejsca, szczególnie przy dość potężnym Horace'u. Nie było jednak powodu do narzekania. Mała przestrzeń szybko się nagrzewała. Zmarszczył tylko zabawnie nos, lustrując twarz przyjaciela, który składał swoją kurtkę, by użyć jej jako poduszki.
-Jak będziesz chrapał, to wyrzucę cię na zewnątrz, jak będziesz spał - mruknął i stłumił ziewnięcie w rękaw koszuli. Groźba rzucona, mógł zanurzyć się w zasłużonym śnie. Obrócił się tyłem do towarzysza i zamknął oczy. Palec ułożył na rękojeści saksy, którą trzymał zawsze przy sobie i rozluźnił się. Spanie w takich warunkach miało swoje plusy.

Wczesnym porankiem, kiedy do świtu pozostały ciągle dwie godziny, przebudził się, pozostając jednak ciągle pod cienką warstwą snu. Zbudził go ciężar ramienia, przewieszonego przez okolice jego żeber i dużej dłoni, opadającej bezwładnie w okolicach mostka. Przyjemne ciepło, odczuwane na całym odcinku pleców i szyi, pochodziło ni mniej, ni więcej, od rozgrzanego ciała Horace'a. Ucichło nawet donośne chrapanie. Will poprawił się nieco i odwrócił delikatnie głowę, by spojrzeć kątem oka na twarz towarzysza. Spał tak spokojnie i mocno, że nie miał serca zbudzić go. Gdzieś w głębi świadomości już przyjął do siebie to, że nawet nie przeszkadzała mu taka bliskość. Mruknął sennie i pozwolił sobie zapaść ponownie w miękki sen.
Przyjemnie wypoczęty, Horace ziewnął szeroko, nie uchylając powiek. Otworzył je jednak natychmiast, kiedy wyczuł przy sobie czyjąś obecność i to bliższą, niźli wtedy, kiedy zasypiał. Z oszołomieniem ujrzał Willa, kryjącego nos w zgięciu jego koszuli i otulonego nie tylko własnym śpiworem, ale i połą tego, należącego do młodego rycerza. Równie zadziwił go fakt, że to on sam utrzymywał gruby materiał na ciele towarzysza, przerzuciwszy ramię nad jego ciałem. Ciepły rumieniec na policzkach nie mógł być spowodowany temperaturą.

Objął z ulgą kubek ciepłej kawy, dosładzanej obficie miodem. Obserwował znad krawędzi przyjaciela, zdecydowanie przesładzający swój własny napar. Horace był pewny, że nawet sam Halt nie dodawał tyle słodyczy do gorzkiego, cudownego napoju. Uniósł pajdę chleba do ust, kiedy Will skończył słodzić i zajął się piciem. Rycerz odwrócił wzrok. Dziwna sytuacja, kiedy to obudzili się pół godziny wcześniej, zwinięci w uścisku. Najwyraźniej noc była lodowata, myślał młodzieniec, starając się tłumaczyć to sobie na wszelkie sposoby. Will dyplomatycznie milczał, nie poruszając nawet słowem tematu. Pierwszy wyczołgał się z namiotu, pozostawiając oszołomionego przyjaciela samego z jego myślami i dylematami, tak, jakby to była najzwyczajniejsza rzecz na świecie. Innymi słowy, nie pomagał ani trochę.
Nie pomagał ani trochę również, kiedy dosiadał Wyrwija i posłał towarzyszowi zagadkowe spojrzenie. Zostawił Horace'a na polanie z mętlikiem w myślach, robotą przy namiocie, którą sam miał się zająć i wspomnieniem własnej  twarzy, żegnającej rycerza ładnym uśmiechem. Rycerz Dębowego Liścia niekoniecznie wiedział, co o tym myśleć. Gdzieś w świadomość zastanawiał się również, czy Will będzie bardzo zły, gdy zastanie wieczorem nienaprawiony namiot.